Wrześniowe przypadki

PRZYPADEK A / Gdzie się ryjesz?
Jest po północy i choć powietrze zaczyna kąsać jesiennym chłodem stoimy, podobnie jak połowa zebranych biesiadników, na tarasie. Spoglądam na M i, jeszcze zupełnie trzeźwi, rozumiemy się bez słów. Obieramy te same współrzędne geograficzne- bar. M kulturalnie składa zamówienie, barman przyjmuje zlecenie, sprawa jest w toku. Chwilę później stawia przed nami 2 mikstury o wiadomych właściwościach. – Poprosiłbym jeszcze o słomki– oznajmia M a barman znika w ich poszukiwaniu, aby za sekundę powrócić i zwieńczyć dzieło. Podaje nam drinki, spogląda na M i mówi: „MASZ RYJU!
W końcu każdy szanujący się ryj pije przez słomkę!

ryj

PRZYPADEK 2 / Więcej niż kobieta to… ?
Współrzędne geograficzne jak powyżej. M wciąż w lekkiej konsternacji w związku z ‚RYJU GATE’, zamówienie przy barze składam zatem ja. Nagle po mojej prawicy pojawia się tzw. Absztyfikant. Z twarzy podobny do Roberta z Abstrachuje, z gadki do generycznego template’u klubowego podrywacza. Wymieniamy kilka mało znaczących zdań, jedno z nich mój rozmówca kwituje zupełnie na poważnie i z wielkim współczuciem stwierdzeniem: „Nie przejmuj się, w końcu jesteś tylko kobietą”. Spoglądam nań i od niechcenia odpowiadam: „Aż kobietą, dobrej nocy!” Resztę wieczoru spędził w towarzystwie złotych Marlboro i swojego szowinizmu.

PRZYPADEK 3 / 3.. 2..1 szukam!
Środek dnia, przechadzam się Prażką Północ. Wtem widzę jak miłośnik ortalionu, prawilności i sążnych naszyjników (‪#‎bogactwo‬) biegnie w moją stronę, daje susa w prawo i chowa się za drzewem. Napięcie zmieszane z radosnym wyczekiwaniem wyraźnie maluje się na jego licu. Zwalniam kroku, intuicyjnie wyczuwam, że zaraz stanę się świadkiem czegoś wyjątkowego. Chwilę później jego śladami przybiega malutkie, włochate stworzonko, pies niewiele większy od chomika dżungarskiego. Jegomość wyskakuje zza drzewa piszcząc: „A kuku malutka! Znowu mnie znalazłaś, moja mądra, taka kochana, taka śliczna, taka psinka, no!”. Bierze zwierzątko na ręce i razem oddalają się w stronę Wisły, a ja w zdumieniu odprowadzam ich wzrokiem aż znikną za praski horyzont.

Reklamy

Pocztówka z lipcowego weekendu

Scena I: Być Kamillą B.
Noc z piątku na sobotę, +/- godzina 1:00. Wchodzę do pewnego warszawskiego klubu. Zaczepia mnie młodzian, na oko lat 25, rozczochrane włosy, średni wzrost, rozciągnięty czarny sweter, ma w sobie coś z artysty. – Cześć– przemawia- muszę ci coś powiedzieć, wyglądasz zupełnie jak Kamilla Baar!To miło– odpowiadam- ładna kobieta, dobra aktorka, dzięki!A tak w ogóle– ciągnie młodzian- żeby było śmiesznie to ja mam na imię Kamil i zastanawiałem się czy może Ty też masz na imię Kamila? Kamil wlepia we mnie pełne nadziei oczy, ale niestety odpowiedź przychodzi smutna: nazywam się Natalia. Godzinę później Kamil wyłania się nagle spomiędzy tłumu roztańczonych ciał. Próbując pokonać głośną muzykę krzyczy mi do ucha: wiesz co, nie zapamiętałem jak masz na imię, ale może mogę mówić na Ciebie Kamila? Niedoszła Kamila powiedziała NIE.

Scena II: Brzydkie nogi
Godzina 4:30, ten sam klub. Jest już jasno, impreza dogasa, większość zmęczona tańcem, często też życiem, siedzi na tarasie i dokłada ostatnią cegiełkę do jutrzejszego kaca: papierosik i drineczek z wygazowaną już colą. Siedzimy i my. Czuję na sobie wzrok dwóch zalotników w średnim wieku, z twarzy podobni zupełnie do nikogo. Nie wyglądają też na szczególnie błyskotliwych, ale z drugiej strony kto o tak późno-wczesnej porze wygląda. W końcu jeden z nich, zdaje się ten wyższy, zmierza w moją stronę i przemawia: masz piękną twarz, normalnie dałbym się za nią pociąć. Groźnie, ale miło z jego strony- myślę sobie. – Ale– kontynuuje- ale nogi to masz brzydkie. I odchodzi. Ja siedzę głęboko procesując ten słodko-gorzki komplement . Dopiero po jakimś czasie dochodzi do mnie, że mam na sobie maxi-spódnicę (czyli, że taką aż do samych kostek). Wygląda jednak na to, że twarzą rajstop nie zostanę.nogi

Scena III: Opalone plecy
Dziś (niedziela), praska strona Wisły, dzika plaża przy moście śląsko-dąbrowskim. Oddaje się lekkiej rozrywce jaką jest czytanie kryminału Roberta Galbraitha (aka J.K.Rowling) zakupionego w Lidlu za 11,99pln. Jeszcze nie wiem, że za chwilę większy kryminał rozegra się na moich oczach. – Przepraszam– odzywa się głos zza krzaka- czy nie będzie pani przeszkadzało jeśli będę się tu opalał… nago? I wtem staje przede mną pięćdziesięcioletni mężczyzna w stroju Adama. Szybko odwracam wzrok, ale co zobaczyłam, tego już nie odzobaczę, niestety. – No wie pan– odpowiadam stanowczym tonem- nie będę panu zabraniała latać na golasa, ale wolałabym, żeby nie robił pan tego w moim bezpośrednim sąsiedztwie. – Rozumiem– zasmucił się golas- ale ja tak lubię kiedy kobiety na mnie patrzą. – No to źle pan trafił– ucinam. – No dobrze– mówi zrezygnowany- a powie mi pani chociaż czy opaliłem sobie plecy? Opalił.

Ucieczka z Modlina

Piątek, 3 lipca, wczesny słoneczny poranek. Przez jeszcze czystą witrynę lotniska widzę samolot z monstrualnej wielkości napisem Ryanair. To nim już za chwilę, punktualnie o 6.30 polecę do Londynu. Standardowo do bramki ustawia się chaotyczna kolejka- rodziny z płaczącymi dziećmi, jegomoście w patriotycznych koszulkach przesiąknięci zapachem strawionego alkoholu. Jest też biznesmen i wielu ludzi bez znaków szczególnych. Obsługa lotniska z wymuszonym uśmiechem sprawdza karty pokładowe i z równie wymuszonym zapałem zaprasza nas na pokład. Siadam wygodnie, na ile to możliwe w siedzeniach, które kwestionują wszelkie zasady proksemiki. Odzywa się kapitan, mówiąc, że w Londynie pogoda wyśmienita, bezchmurne niebo, ale niestety musimy opuścić pokład, bo mamy awarię. Lekko skonsternowani robimy co nakazano. Wracamy do poczekalni, równie przyjemnej co ta w publicznych przychodniach. Z napięciem wpatrujemy się w ekran, oczekując na wieści, oby tylko pozytywne! I wieści przychodzą, napisane czerwono na czarnym na małym ekraniku: lot opóźniony 9 godzin. Przez chwilę panuje absolutna cisza, ale nie trwa długo. Pęka tama wzburzonych głosów, skarg, jęków i zawodu. Drodzy państwo- mówi obsługa- proszę pod żadnym pozorem nie opuszczać terenu odprawy, bo jak państwo wyjdą to już nie będzie powrotu! 9 godzin na terminalu wielkości pudełka od zapałek- myślę sobie- i z różnorodnością sklepów porównywalną tylko z portfolio piosenek serwowanych przez RMF FM: to będzie funday! Szybko zbieram ekipę wsparcia, w końcu nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg i dzielenie beznadziejnej sytuacji. Jest 8.30 rano, kupujemy po piwie, wbrew wszelkim społecznym konwenansom. Desperate times need desperate measures! Pasażerowie lotu do Londynu- rozlega się głos w megafonie- są niezwłocznie proszeni o opuszczenie terenu odprawy i udanie sie do głównego terminala. A kto się nie zastosuje ten nie poleci w ogóle, benc! Ryanair, mój ci dwubiegunowy spóźnialski!
A my czekamy i czekamy pijąc zimną już kawę i jedząc kanapki drugiej świeżości. Ahoj przygodo!